2018-08-15, 16:21

Feb 27, 2012 — Notify Users module, ver. 0.5 released — user can choose between sending single message (...) »

2013-01-28, 08:32

19 студзеня 2013 у Гродне трагічна загінуў паэт, журналіст і мой сябар (...) »

2009-10-14, 07:19

The site Litaratura.org is devoted to Belarusian literary works and translations. (...) »

2009-01-12, 20:46

Late November 2008 marked the 20th anniversary of the official founding of the Belarusian (...) »

Registered User Area Log into This Site
Show Credits... Credits
~ / Archives of Discontinued Activity / Demonokameron, opowiadania $_
Demonokameron, opowiadania
Click To View A Full Size Image...
Adam Hlobus
1998
Translated from Belarusian by Aleksander Maksymiuk
Language: Polish

Kochankowie wracali znad jeziora do miasta.

— Mgła — powiedziała ona.

— Zimno ci? — zapytał on.

— Nic nie widzę...

— Weź moją kurtkę.

— Czy dobrze idziemy?

— Jeżeli za pięć minut wyjdziemy na asfalt, to znaczy, że dobrze.

— Na prawo powinna być wojskowa fabryka. Gdy szliśmy nad jezioro, dobrze się jej przyjrzałam.

— I co zobaczyłaś?

— Zwyczajna wojskowa fabryka, nie zauważyłam żadnego człowieka.

— Co za dramat?! Nawet jeżeli zbliżymy się do fabryki, nic się nie dowiemy. Czujny wartownik może nas nawet zabić. W takiej mgle zauważy nas w ostatniej chwili i od razu, bez żadnego ostrzeżenia, wystrzeli. Ktoś z nas, mogę to być ja, zginie pierwszy... Zawsze ktoś musi umrzeć pierwszy...

— Może pójdziemy w inną stronę.

— Lepiej nie.

— Chcesz po prostu na ścieżce?

— Nie chcę po prostu, ale na ścieżce.

— Gdy tylko zaczniemy, na pewno ktoś się pojawi.

— To będzie materializacja strachu.

— Nie boję się, ale lepiej zejdźmy ze ścieżki.

Kochankowie poszli przez wysoką, sierpniową trawę.

— Tutaj jest bagno — powiedział z rozczarowaniem.

— Przejdźmy na drugą stronę — zaproponowała.

— Dlaczego golisz włosy pod pachami i w kobiecym miejscu?

— Żeby ci się podobać.

— Cicho. Jakieś żelastwo upadło na asfalt.

— Nic nie słyszę.

— Ciszej. Posłuchaj. Słyszysz? Kroki... Zbliżają się... — kochanek zaczął szeptać. — Ktoś idzie po ścieżce.

Kroki zbliżały się. Kochankowie wyraźnie słyszeli, jak ktoś przeszedł tuż obok. Zdawało się, że wystarczy tylko wyciągnąć rękę, by go dotknąć, ale nikogo nie zobaczyli. Nad wysoką, sierpniową trawą wisiała mgła.

— Mam wrażenie, że to nie człowiek i że wcale sobie nie poszedł, tylko nadal stoi i obserwuje. On nas widzi, a my go nie.

— Chcesz wiedzieć, kto to był?

— Ty znowu o czujnym wartowniku?

— Z wartownikiem wszystko jasne, ale to... Jest takie podanie, według którego w tej okolicy żyje Mgielnik. Raz do roku zabiera ludzkie dusze do swego bagiennego królestwa. Popełnia przestępstwa... Szedł sobie pijak, spadł z mostu i utopił się... Samochód najechał na drzewo, kierowca zginął... Mówią jednak, że robi to tylko raz do roku.

— Wierzysz w to?

— Trudno powiedzieć. Ale to ciekawe.

— Zapomnijmy o tym Mgielniku, ja już zapomniałam.

— I ja zapomniałem. Twoje kolana mają tyle powabu — kochanek pocałował kolano swej kochanki.

— Co ci się podoba w moich kolanach?

— Są takie krągłe i zgrabne. Twoje uda także mi się podobają i... — kochanek pocałował kochankę trochę powyżej kolana.

— A w moich udach co ci się podoba?

— Są takie jasne. Ponadto podoba mi się twój pagórek, który tak gładko wygoliłaś...

Poprzez mgłę do kochanków doleciał pisk hamulców samochodowych i ostre uderzenie żelaza o kamień.

— Zupełnie zapomniałam, że droga jest tuż obok. Podejdźmy i zobaczmy, może potrzebna pomoc.

— Pomoc komu? Mgielnikowi?

— Wariat.

— Idź, pomagaj. Jesteś może lekarzem? Jak chcesz pomóc?

— Sama nie pójdę.

— Słusznie. Posiedź tu, ja pójdę.

— Zaczekaj. Sama nie zostanę w tej przeklętej mgle.

— Spójrz, asfalt, to znaczy, że dobrze szliśmy. A oto i samochód. Karetka pogotowia. Zaczekaj. Ja sam. Nie podchodź.

— Co tam zobaczyłeś?

— Zaraz zwymiotuję.

— Nie żyją? Podejdę i zobaczę.

— Lepiej nie podchodź.

— Podejdźmy więc razem.

Kochankowie zbliżyli się do zdeformowanego samochodu.

— Co za zgroza! Kierowca jest podobny do ciebie. Spójrz tylko. Profil, włosy, nawet ręce...

— Lepiej chodźmy stąd. Czujesz zapach krwi? Ciężki jak w rzeźni, prawda?

— Posłuchaj, a dlaczego drogę przegrodzono betonowym murem?

— Chodź, podsadzę cię, zobaczysz co jest za murem.

— Nic nie widać. Trawa, droga i mgła.

— A teraz wynośmy się stąd. Ten zapach krwi jest nie do wytrzymania. Jeśli będziemy iść szybko, za pół godziny dotrzemy do miasta.

Kochankowie prawie biegli.

— Lekarka w samochodzie podobna była do ciebie.

— Mówisz to tylko po to, aby podważyć swoje podobieństwo do kierowcy.

— Spójrz, ktoś przewrócił znak objazdu.

— Postawmy go.

— Nie ruszaj, niech sobie leży, niech wszystko zostanie na swoim miejscu. Tak jakby nas tu nie było.

— Może to twój Mgielnik przewrócił znak?

— Pewnie że Mgielnik. Do samochodu także nie powinniśmy byli podchodzić. I tak nie pomoglibyśmy. Wiesz, u moich sąsiadów w ubiegłym tygodniu zachorowało dziecko. Płakało pośród nocy. Rodzice go uspokajają, a ono wciąż płacze i płacze. Ja leżę i słucham jak płacze dziecko i jak matka z ojcem nie mogą go uspokoić. Mogę tylko słuchać płaczu zza ściany.

— I co było dalej?

— Dziecko uspokoiło się, a ja usnąłem.

— Widzisz, most, za nim stacja benzynowa i budka telefoniczna.

Kochankowie skierowali się w stronę mostu. Mgła zrobiła się gęsta jak beton.

(„Mgielnik”)

Download This Attachment... Adam Hlobus, „Ustępnik” — opowiadanie w wersji drukarskiej.
Last modified: 2006-06-05, 00:00 — Size: 55,87 KB
Download This Attachment... Adam Hlobus, „Heretyk” — opowiadanie w wersji drukarskiej.
Last modified: 2006-06-05, 00:00 — Size: 55,91 KB